Archiwum dawnych publikacji · Osobista praca ze studiów filozoficznych.
Aktualizacja: październik 2026
To osobisty esej ze studiów, inspirowany przede wszystkim Feynmanem i historią XVII-wiecznej myśli. Opis mojego ówczesnego zwątpienia pozostaje częścią tekstu; nie dopisuję do niego dzisiejszej deklaracji światopoglądowej. Poprawiam natomiast przypisanie listu grupy autorów całemu Kościołowi oraz nazbyt uproszczony opis Nietzschego i Pascala. Przyjęte tu pojęcie religii dotyczy głównie praktyki chrześcijańskiej, nie wszystkich religii.
Poniżej tekst archiwalny po korekcie. Istotne zmiany opisuję powyżej; dawny kontekst i charakter wypowiedzi pozostają częścią tej publikacji.
Motto:
Wielu opisywało Wszechświat, ale on rozciąga się jeszcze dalej, a jego granice są równie nieznane, jak dno bezdennego oceanu z owej pierwotnej idei. Tak tajemnicze, tak samo budzące lęk i tak samo niekompletne jak poetyckie obrazy, które obowiązywały wcześniej. (R.P. Feynman, Niepewność nauki, [w:] Sens tego wszystkiego, s.16)
Nauka i religia – różne koncepcje światów możliwych.
Patrząc ze swej, mocno ograniczonej, perspektywy zaryzykuje tezę, że wolnomyślicielstwo, które można wiązać zarówno z filozofią jak i nauką nieraz stało w opozycji do religii panującej na danym obszarze kultury i myśli ludzkiej. Wyrazem tego jest m.in. historia Galileusza. Możliwe, iż żyjemy w czasach gdy opozycja ta znika lub co najmniej słabnie, bo jak chce pokazać religia wespół z Instytucją Kościoła nie może iść drogą nauki, co nie oznacza iż obok. Jeden z głosów w tym sporze przedstawia list grupy autorów; nie jest on tożsamy z oficjalnym stanowiskiem całego Kościoła. Jego argumentacja,
jak wynika z listu otwartego do Przewodniczącego Rady Naukowej Episkopatu, brzmi: Przyszła postać polskiego katolicyzmu zależy w dużym stopniu od obecnych form współpracy między przedstawicielami nauk przyrodniczych i myśli chrześcijańskiej.Sztuczne stwarzanie pozornych konfliktów w tej dziedzinie może mieć w przyszłości nieobliczalne konsekwencje, prowadząc do oskarżeń Kościoła o wrogi nauce antyintelektualizm. Z niepokojem zauważamy zmierzające w tym kierunku działania podejmowane przez ultrakonserwatywnych fundamentalistów, którzy używają etykiety katolicyzmu do propagowania prywatnej wizji chrześcijaństwa, bazując na paranaukowej patologii. Kuriozalny przykład podobnej praktyki stanowi wydana w 1989 r. przez „Michalineum” praca J.W.G. Johnsona „Na bezdrożach ewolucji”. (…)” (A.Adamski, Galileusza filozofia i teologia nauki, s.31-32) Celem tej wypowiedzi nie jest „kuriozalne” stwarzanie konfliktu, ale wskazanie na podłoże, które wydaje się do takich prowadzić.
Wstęp
Pozwole sobie na kilka wstępnych uwag, które w kontekście tej pracy wydają się być istotne.
Przez okres kilkuletniej edukacji na poziomie wyższym, częściowo domkniętej, częściowo kontynuowanej, częściowo zamierzanej, czasem zaś chybionej niejednokrotnie nasuwała mi się uwaga związana z pisaniem wszelkiego rodzaju prac, wygłaszaniem odczytów i innych przejawów tzw własnych wystąpień. Jest to irytujące dla mnie poczucie niesmaku płynące z wrażenia iż ktos właśnie mnie bardziej lub mniej świadomie oszukuje, gdy głoszone przez niego poglądy podpisane jego nazwiskiem przyjmowały bezosobową formę. Rozumiem to dwojako albo jako „uczciwy plagiat” czyli ktoś cytował, ale „jakby” udając, że nie cytuje lub, że przyjmowanie pewnych konwencji wypowiedzi jako tzw bezosobowej ma silniejsze zakorzenienie w środowisku naukowym niż chęć zgłębiania czy poszukiwania prawdy. Oczywiście czasem z wielką uwagą słuchałem wypowiedzi stylistycznie „uczciwych” w których własne opinie autora jasno i wyraźnie oddzielały się od cytowanych utartych przekonań lub wypowieedzi innych myślicieli. Taka forma pielęgnowania myśli jest mi najbliższa, choć wiem że o wiele trudniejsza, wymagająca świadomego zaangażowania w nauke. Sam popełniałem owy niesmaczny styl np w pracy dyplomowej czy proseminaryjnych czego nie żałuje, traktując jako etap przejściowego „upupienia”. „Do filozofii wkracza się z gotowym już zestawem opinii. Zadanie filozofii nie polega na jakimś daleko idącym podważaniu lub uzasadnianiu tych uprzednio istniejących opinii, lecz tylko na próbie odkrycia sposobów przekształcania ich w jakiś uporządkowany system.” (D. Lewis, Światy możliwe, s.131) Strach przed niekompetencją nakazuje mi na zawieszenie daleko idących wniosków, co potęguje także świadomość nieraz naiwności zbyt ogólnych sądów i niemożności ich zweryfikowania. Dlatego konflikt dwu światopoglądów jaki chcę zarysować w tej krótkiej pracy mającej opierać się na jakimś myślicielu XVII-wiecznym będe posiłkował szczególnie moim oglądem historii myśli Galileusza, troszke wchodząc w sytuacje Kartezjusza i Pascala. Jedną z najsilniejszych inspiracji do rozważań na temat relacji nauki i religii był dla mnie od dawna Richard Feynman współczesny fizyk noblista, ale również film, który zaliczam do „mojej czołowej dziesiątki” ( – Pi. (Aronofsky’ego).
Dwa światy ludzkiej myśli.
Nie uważam aby niepodważalnie ważnym paradygmatem była dbałość o jak najbardziej ścisłe rozumienie pojęć. „Uważam że wielka precyzja definicji jest czasem niewiele warta, a czasami – wręcz niemożliwa.” (Feynman, s.24) Podobnie myślał R. Ingarden pisząc w Dążeniach fenomenologów iż definiowanie przed wystarczającym, zadowalającym poznaniem istoty przedmiotu niewiele może owo poznanie wspomóc, a zdaża się nadwyraz często, że ograniczy je i zaburzy. To wszystko wszakże nie oznacza, że dbałość o precyzje wyrażania swych myśli jest w jakikolwiek sposób nacechowana negatywnie. Na pewno nie, dlatego spróbuje określić co rozumiem, gdy mówie o religii oraz nauce, jednak bez podawania ścisłej definicji. Wręcz zakładam z góry, iz rozumienie tych dwu terminów przeze mnie jest wielce niedoskonałe i z pewnością mocno subiektywne. Nie jest to jednak wielkim problemem, gdy podkreśle, że moja postawa nakierowana jest na dotarcie do sedna, istoty tego co kryje się pod tymi pojęciami. Jednocześnie z pewnością wielu myślicieli, których opinie „przejąłem” mogłoby zgodzić się na to, że podobnie rozumieją te terminy.
Rozważania powyższe prezentujące mój osobisty stosunek do problematyki mają również drugi wymiar. Uważam, iż tego typu postawa przeważa u tzw naukowców. „Nie ma żadnego autorytetu, który decydowałby o tym, czym jest dobra hipoteza. Zatraciliśmy potrzebę odwoływania się do autorytetu, by rozstrzygnąć czy hipoteza jest prawdziwa czy nie. Możemy rozczytywać się w autorytetach i szukać tam jakiejś sugestii. Potem możemy wypróbować i przekonać się, czy była ona prawdziwa czy nie. Jeśli nie jest ona prawdziwa, tym gorzej – w taki sposób „autorytety” tracą cząstkę swego „autorytetu”.” (Feynman, s.25) Chce podkreślić iż nie jest to wyrazem braku pokory, ale przeżywaniem jej autentycznie. Pokora w nauce jest mieczem obusiecznym. Stąd także mogę pełniej wyjaśnić moje uwagi dotyczące sposobu prezentacji myśli przez studentów o jakim pisałem we wstępie. Ten drażniący mnie bezosobowy styl wynika jak mniemam z kreowania, nieświadomego często, siebie na autorytet. Otóż i paradoks. R.Feynman (nie on jedyny) według mnie nosi owo ciężkie brzemie autorytetu właśnie przez to, iż przeżywa głęboko sokratejskie „wiem, że nic nie wiem”. Na pewno zaś jest typem naukowca. Archetypem owewgo jest dla mnie bohater Pi- matematyk, próbujący odkryć kod zrozumienia świata. Żyje on zgodnie z Pascal’owską myślą „Człowiek wyraźnie stworzony jest do myślenia, to cała jego godność: cała zaś jego zasługa i cały obowiązek to myśleć, jak się należy.(…)” (Pascal, Myśli, s.44, m.146). Jeszcze mocniej widać to w tym jak żyje. Małe mieszkanie wypełnione, na kształt idei ‘lęku przed przestrzenią’, machiną liczącą – archetyp superkomputera, książkami. Pancerne drzwi z wielką ilością zamków – alegoria oderwania od świata, samotności, ucieczki przed przeszkadzajacymi, nawet piękną kobietą. „„Kto powinien uprawiać naukę?” Odpowiedź wielkiego fizyka [A.Einsteina] brzmiała: „ludzie, którzy nie lubią żyć w tłumie, ludzie, którzy lubią wspinać się na najwyższe szczyty, cieszyć się świerzym powietrzem i pozostawać w harmonii z naturą.”” (Ilya Prigogine, Czas, chaos i dwie kultury, s.191) Związek jego naukowej myśli z myślą Galileusza jest bardzo silny. Mówi na początku filmu: One: mathematics is the language of nature! Natomiast Galileusz : „Księga natury pisana jest w matematycznym języku, jej znakami pisarskimi są trójkąty, koła i inne figury geometryczne, bez których pomocy ani słowa z niej zrozumieć niepodobna” (W.Tatarkiewicz, H.F. t2, s.43) To koncepcja która przewija się przez myśl ludzką od początków jej historycznego (pisanego) trwania. Pitagorejczycy doszli od niej aż do czegoś na kształt religii (to ciekawy trop, ale XVII wiek…). Nie była też obca myśli Platona, który widział w matematyce świat idei, dostępny łatwiej od innych sfer tegoż. Następcy i kontynuatorzy tegoż nurtu Pitagorejsko-Platońskiego pielęgnowali czystość owej soczewki pozwalającej widzieć świat w matematycznych obiektach i zasadach. Jedną z wielu wizji artystycznych takiego ujęcia jest obok filmu Pi film opowiadający historię matemetyka J.Nasha Piękny umysł. Wymienienie współczesnych znaczących myślicieli, którzy również mają matematykę za język natury zajęłoby całą pamięć mojego komputera (42MB). Liczny plon idea ta zbiera wśród filozofów zaś argumenty przeciw są nieraz całkiem osobliwe: „Nie twierdzę oczywiście, że te skomplikowane byty matematyczne są światami możliwymi. Nie mogę uwierzyć (chociaż nie wiem, dlaczego) że nasz własny świat jest bytem czysto matematycznym.” (Lewis, s.133) Dla odróżnienia, wspomnieć należy również o praktycznej implikacji nauki. To jak coś zastosować i jak dana koncepcja ma „ułatwić”, „wzbogacić” etc ludzkie życie to już technologia, której najmocniejszym przejawem jest medycyna. W mojej ówczesnej ocenie nauka „czysta” nie powinna być podporządkowana wyłącznie doraźnej użyteczności. Nie dowodzi to jednak, że zastosowania są największą przeszkodą jej rozwoju. Pokazuje to problem „ekonomistów” z jakim styka się bohater Pi wątek ten zmuszony jestem jednak pominąć.
Owy głęboki zamysł nad światem w którym aparat matematyczny pełni tak istotną rolę można określić mianem nauki. Owocem tegoż są prawa rządzące zjawiskami przyrody określane przede wszystkim przez obserwacje, eksperyment, i namysł nad ilościowo pojmowanymi przedmiotami. To ilościowe traktowanie przedmiotów poznania naukowego jest szczególnie ważne gdyż wtedy można je mierzyć. „Aby tedy przyrodoznawstwo uczynić nauką ścisłą, należy zjawiska poddać analizie i oddzielić te składniki, które dają się mierzyć; ze składników tych, drogą syntezy, nauka odbuduje zjawiska.” (W.Tatarkiewicz, H.F.,s.43) To przeciwstawienie tez arystotelikom, którzy oddzielali metode matematyczną od fizykalnej, było mocnym krokiem ku „początkowi nauk empirycznych”, których ojcem nazywa się Galileusza. Następnym krokiem było połączenie matematyki z doświadczeniem. Zachodzi to na gruncie zdań matematycznych które sa hipotetycznymi zdaniami typu ”jeżeli jest A, to jest B”. Związki między A i B ustala matematyka na gruncie swych aksjomatów i twierdzeń. Jeśli doświadczenie stwierdzi, że „jest A” to wtedy bez doświadczenia można ustalić iż „jest B”. Sądy takie to „egzystencjalne zdania empiryczne”. Myślicielem, który spojrzał na swiat badanych przez siebie zjawisk „oczami Galileusza”, a którego myśl zbiera płodne owoce dziś był Grzegorz Mendel. To właśnie matematyczna analiza obserwacji dziedziczonych cech skłoniła go do hipotezy o jednostkach dziedziczenia, nazwanych potem genami.
Zagadnienie, które chce zarysować w tej pracy ma związek z innym „drugim światem”. To świat religii. Jak rozumiem to co kryje się pod pojęciem „religii” to zdecydowanie bardziej subtelna kwestia. Religia jawi mi się tutaj jako codzienny rodzaj praktyki, zwiazany z chodzeniem do kościoła, „a nie należącą do niej elegancką teorię teologiczną.” (Feynman, s.34) Czyli głównie sposób „wiary” przeciętnych ludzi. Aby zrozumieć tą kwestię pomijając teologiczne rozważania posłużę się podobnie skonstruowanym przykładem, jak R.Feynman. Młody człowiek wierzący bo ojciec wierzy i matka i inni mu bliscy, zderza się z przestrzenią w której wolnomyślicielska myśl dojrzewa i wzlatuje w „przestworza” wszechświata. Styka się z poznaniem. Zgłębia wiedzę nauk przyrodniczych np fizyki. Doświadcza różnych cząstkowych aspektów tej wiedzy. Niech to będzie przykładowo wielkość wszechświata, w którym jesteśmy drobiną wirującą wokół Słońca. Mało tego to jedno z mialiardów „Słońc” w „miliardzie” galaktyk podobnych do „naszej”. Natomiast ewolucja? Starczy wniknąć w jej istote poznać powiązania człowieka ze światem zwiarząt, lub ujrzeć historie rozwoju nas jako gatunku. „Kiedy taki obiektywny obraz zostaje w końcu skonstruowany, a tajemnica i majestat materii widnieją przed nami w całej krasie, wtedy przyjrzenie się z powrotem człowiekowi jako skupisku materii, potraktowanie życia jako części uniwersalnej, najgłębszej tajemnicy przynosi doznanie, które jest bardzo rzadkie i niezwykle poruszające. Zwykle kończy się to śmiechem i refleksją nad daremnościa usiłowań zmierzających do zrozumienia, czymże jest ten atom we Wszechświecie. Czymże jest ta istota – atom obdarzony ciekawościa – który przygląda się sobie i zastanawia, dlaczego w ogóle się zastanawia? Zwykle takie naukowe rozważania prowadzą do przerażenia i tajemnicy, do zagubienia na granicy niepewności. (…) Niektórzy powiedzą, że właśnie przed chwilą opisałem doświadczenie religijne. Bardzo dobrze. Możecie to nazwać, jak chcecie. Powiem wtedy, że dzięki przeżyciu religijnemu tego rodzaju młody człowiek przekonuje się, iż religia wyznawana w jego Kościele nie wystarczy, by opisać, by ogarnąć podobne doświadczenie. Bóg tego Kościoła nie jest dość potężny.” (Feynman, s.37) Jakże podobne doświadczenie musiał mieć na myśli Bertrand Russell: „Że człowiek jest wytworem procesów nieświadomych celu, który miały osiągnąć; że jego pochodzenie i rozwój, nadzieje i lęki, miłości i wiary, są tylko rezultatem przypadkowego rozmieszczenia atomów; że ani żarliwość, ani heroizm, ani napięcie myśli nie zdoła przedłużyć życia jednostki poza grób; że wszystkie prace wszystkich wieków, całe poświęcenie, natchnienie, wszystek blask człowieczego geniuszu, że wszystko to zniknie wraz z zagładą Systemu Słonecznego, i że świątynia ludzkich dociekań zostanie nieuchronnie pogrzebana pod rumowiskiem wszechświata – co do tego wszystkiego, o ile w ogóle nie jest poza dyskusją, jesteśmy tak bliscy uzyskania całkowitej pewności, że żadna filozofia, która przyjmuje odmienne założenia, nie ma obecnie racji bytu.” (B.Russell, Mysticizm and Logic, s.47)
Jeśli uznać iż opisywane doznania mają rzeczywiście coś wspólnego z doznaniem „religijnym” to jak utrzymać teze A.Adamskiego, M.Hellera o tym, że nauka i religia nie stoją w opozycji? Ja, mógłbym dołożyć własne przeżycia, które doprowadziły mnie do głębokiego zwątpienia, agnostycyzmu, płynące z refleksji i głębokiego przeżycia myśli filozoficznej, ale pozostańmy na gruncie nauki. Przede wszystkim należy wskazać na bardzo silne powiązanie sprawy Galileusza z powyższymi rozważaniami. Wszakże to on jest nie tylko prekursorem nowożytnej nauki empirycznej, ale wraz z M.Kopernikiem poczynił pierwszy krok do pozafilozoficznego uznania błędnego przekonania o człowieku jako „centrum stworzenia” – niedojrzałego antropocentryzmu, żywego do dziś. Sam Galileusz był zapewne osobą wierzącą i podobnie jak Kartezjusz godził wiarę z myślą, która już wtedy była dość dojrzała by prowadzic do zwątpienia. Tu zapewne nie ma konfliktu i jak pisze J.Życiński: „Dramatyczny spór nie był więc w istocie konfliktem nauki z myślą chrześcijańską, lecz konfliktem nowej nauki z zachowawczym nurtem myśli chrześcijańskiej, w którym etykietę ortodoksji ceniono wyżej od wyobraźni i racjonalnych uzasadnień.” (J.Życiński, Proces Galileusza – konflikt prawdy i prawa, [w:] Sprawa Galileusza, s.134) U Pascala rozróżnienie „racji rozumu” i „racji serca” wyznacza inną drogę namysłu nad wiarą. Nie wystarcza to do stwierdzenia, że przeżywał nierozwiązywalną sprzeczność między nimi. Miał podobne doznanie „głębokiej istoty człowieka” gdy pisał dobrze znaną frazę: „Człowiek jest trzciną najsłabszą w przyrodzie, ale to trzcina myśląca. Do zgniecenia go nie trzeba, aby się cały świat zbroił Nieco mgły,kropla wody starczy, by go zabić.” (B.Pascal, Myśli) W tzw. „zakładzie” Pascal analizował sytuację wyboru wobec niepewności i próbował przekonać wątpiących, że korzystniej jest obrać drogę wiary; nie jest to dowód istnienia Boga. Inną drogą poszedł I.Newton, kolejny po Galileuszu ojciec nowożytnej nauki. Teza o mechanistycznym funkcjonowaniu wszechświata skłoniła go, jako wierzącą osobę, do skonstruowania dowodu na istnienie Boga mającego mieć rolę wielkiego konstruktora, rozumu najwyższego.
Konkluzje
Żaden rząd nie ma prawa decydować o prawdzie naukowej ani w żaden sposób określać charakteru badanych problemów. Podobnie, żaden rząd nie może określać wartości estetycznej dzieł sztuki ani ograniczać form literackiej czy artystycznej wypowiedzi. Nie powinien też deklarować prawdziwości ekonomicznych, historycznych, religijnych ani filozoficznych doktryn. Zamiast tego ma wobec swych obywateli obowiązek zapewnienia im wolności, tak by mogli oni przyczyniać się do postępu i rozwoju ludzkości. (Feynman, s.50)
Rozumiejąc „Rząd” wystarczająco szeroko, jako wszelką „Władzę” nawet Kościół możemy uzyskać fragment odpowiedzi na tezę postawioną w pracy. Istnieje głęboki konflikt między „pojedynczym” w rozumieniu S.Kierkegaard’a głęboko wierzącego myśliciela, który największe zagrożenie dla wiary widział w Kościele jako Instytucji. Krytyki Nietzschego nie można jednak sprowadzać do samego Kościoła jako instytucji: obejmuje również chrześcijańską moralność i religijne wyobrażenia. „Śmierć Boga” jest u niego diagnozą kulturowej utraty fundamentu wiary i wartości, a nie tylko opowieścią o jednostce, która nie chce być obserwowana.
Nie oznacza to według mnie dla tych co poszukują wiary, iż powinni przekreślić Kościół. Wystarczy, że go znienawidzą, jak S.Kierkegaard, a może gdy zrobią to dość głęboko będą mogli obojętnie wrócić do niego, albo i nie bo „Bóg będzie żył w nich”. Jednak czy istnienie Kościoła w takim wymiarze jakby chciał R.P.Feynman, S.Kierkegaard, B.Pascal i inni jest możliwe? Zapewne współczesny Kościół Katolicki szuka płaszczyzny spotkania i dialogu z nauką i innymi religiami. Co jednak wtedy z przeciętnościa i „ultrakonserwatywnymi fundamentalistami” jak w Polsce Kościół Radia Maryja etc? Otóż kolejne paradoksy. Można stać obok, szukać własnego „ja”. Istoczyć się w-świecie tak aby nie rozpuścić się w „Się” jeśli można użyć jezyka M.Heidegger’a. Lub jakby może powiedział S.Kierkegaard nie „rozpaczyć się” ale jako „pojedynczy” szukać „sobości”. Dla mnie zbierzność tych myśli z „naukowcem Einsteina” jest dość jasna i wyraźna.
Co powiesz o tych filozofach naszej wszechnicy, którzy, mimo wielokrotne propozycje, nigdy nie chcieli planety lub Księżyca obejrzeć przez teleskop… Jakżebyś się śmiał, gdybyś mógł usłyszeć, jak najbardziej uznany filozof naszego uniwersytetu starał się nowe planety oderwać z nieba argumentami logicznymi niby formułami czarodziejskimi. (Tatarkiewicz,H.F., s.43) -tak pisał Galileusz do Keplera. Ja powiem słowami Ortegy y Gasseta to „ludzie masowi”, prostaccy, ograniczeni, może i mają swe racje choć myśle, że nie jest to dążenie do prawdy. To smutne lecz wydaje się, iż nie ma instytucji i miejsca wolnego od takich „ludzi”.
Dodaj komentarz