Archiwum dawnych publikacji · Praca z III roku filozofii (studia równoległe), ok. 2006. Tekst oryginalny; poprawiono wyłącznie literówki, ortografię i interpunkcję. Uwagi z 2026 roku znajdują się na końcu, w sekcji „Komentarz 2026”.
Próba podjęcia zagadnienia
Zagadnienia poruszane w pracy są rozległym i wciąż powracającym wątkiem w historii filozofii. Śmiem twierdzić, iż nazbyt rozległym, aby ich prześledzenie i przedstawienie było możliwe do zrealizowania w pracy poniżej poziomu ambitnego doktoratu lub lukratywnie komercyjnego podręcznika. Jednakże pominięcie wątku „odniesienia się do poprzedników” naraża na słuszny zarzut ignorancji, niezrozumienia i pisania „tylko dla siebie”. Dlatego należało podjąć trud zapoznania się z choćby szkicową historią omawianego zagadnienia, a następnie przedstawienia go w taki sposób, aby wynikało z tego, iż autor świadomie współuczestniczy w jego omawianiu. Podkreślić pragnę jednak szczególnie, iż w tym przypadku poszukiwania były wtórne do samego zagadnienia, które w formie impresji, a następnie refleksji nad nią pojawiło się przed lekturą. Nie mogę wykluczyć, iż impresje owe miały charakter wtórny do inspiracji treścią filozoficznych esejów czy traktatów, ale jeśli nawet, to zjawiły się „nieintencjonalnie”, zaskakująco.
Wstęp
„Jedność” jako zagadnienie główne mieści się w obszarze zainteresowań metafizyki. Kolejnym, zeń wynikającym, jest „spójność” poznania, wchodząca w obręb rozważań epistemologii. Sądzę, iż pojęcia te nie są synonimami, ale mają tę szczególną własność, iż jawią się jako wzajemnie z siebie wyprowadzalne, wynikające. Wstępnie twierdzę, iż to, co nazywam jednością, przynależy do obszaru doświadczanej, szeroko pojętej rzeczywistości. To zaś, co nazywam spójnością, da się wyprowadzić z rozmyślania nad samym aktem poznania. Da się zauważyć, iż o ile doświadczenie jedności jest uzasadnione, o tyle spójność jako cecha poznania jest tego konsekwencją. Również jednak wyjście od spójności cechującej akty poznania podmiotu implikuje pojęcie jedności jako atrybutu przedmiotów poznania. Obie możliwości są tymczasem hipotetyczne. Autor nie rości sobie praw do rozstrzygnięć w omawianej problematyce, stąd poniższe rozważania należy traktować raczej jako propozycje i pytania wymagające dopełnienia.
Teza 1: Coś, co nazywam „jednością”, jest przedzałożeniem wszelkiego możliwego poznania. Jest wynikiem tego, iż myśl należy do świata, odnosi się do niego i wynika ze świata, jak i może go kształtować, wpływać na niego, co podkreśla jej ścisłą koegzystencję ze światem.
Teza 2: Zrozumienie zagadnienia „jedności – spójności” nie jest trywialne. Nie ma ona cech kwantyfikatora uniwersalnego, stąd jego dodanie wyjaśnia znacznie więcej niż jego pominięcie. Poza tym po odjęciu nie zostaje to samo, co po dodaniu. Czyli można twierdzić metaforycznie, że nie jest to „pojęcie redukcyjne”, ale „emergencyjne”.
Jedność jawi się w namyśle dotyczącym relacji myśli i świata, języka i przedmiotów jego odniesienia, podmiotu poznającego i przedmiotu poznania. W węższym znaczeniu to także jedność i spójność w obrębie rozumienia świata przez każde „ja”. Jedność w szerszym znaczeniu to odnoszenie „mojego” rozumienia do „twojego” rozumienia.
To cecha konstytuująca poznanie i rozumienie, choć niekoniecznie gwarantująca jego prawdziwość ani zgodność z poznaniem „drugiego”. Jedność jawi się też w świecie samym, w zgodności między wszelkimi przedmiotami i istotami – choćby życie w obrębie tych samych warunków środowiska, jakkolwiek złożonych i zmiennych. Tutaj jednak można mówić o jedności dopiero po przekroczeniu granicy własnego „ja”, aby nie narazić się na zarzut o niemożności poznania „rzeczy samych w sobie”. Ważną cechą w impresji „jedności” jest to, iż daje się ona wskazać i ująć gdzieś ponad odmiennym rozumieniem świata, pomiędzy różnymi filozofiami i myślicielami, ale już i samymi pojedynczymi podmiotami poznającymi.
Jak sformułować przeciwne stanowisko? Czy jest to możliwe? Czy można zrozumieć niewysławialne? Jak określić chaos przy pomocy języka czy myśli spójnie wyrażających każde doświadczenie? To pytanie o zasadność „teologii negatywnej”, może nawet w radykalnej postaci, gdyż Absolut wyklucza „chaos”. „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” – te słowa Wittgensteina mogą być barierą dla postawionych właśnie pytań, ale sprawiają również wrażenie uproszczenia i dlatego podjęcie próby przezwyciężenia tegoż jest chlubnym aktem.
Tło problematyki
Jedność jest zagadnieniem pojawiającym się od samych początków w filozofii. Oderwanie myśli od rzeczywistości, jakiego dokonał już sofista Gorgiasz, jest zalążkiem trudności objawiających się w dalszych losach filozofii. Czy jednak któryś z myślicieli starożytnych wątpił w jedność świata myśli i rzeczywistości? Czy zaprzeczyłby, iż myśli należą do świata podobnie jak liście, zwierzęta, ludzie czy kamienie? Wszak wskazanie tego, co istotnie różni świat sam od jego wyobrażenia czy językowego ujęcia doświadczenia tegoż świata, jakie dokonuje się w myśli, nie implikuje jeszcze w żaden sposób rozerwania świata i myśli o nim. Filozof, który uznaje takie rozerwanie, z konieczności musi, jeśli szanuje zdrowy rozsądek czy racjonalność, wybrać miejsce, gdzie mieszka prawda. Wówczas jeden wybierze świat, czy tzw. przedmiot, inny zaś myśli, czyli tzw. podmiot. Zarysowuje się na tej podstawie cały spór filozoficzny po Kartezjuszu pomiędzy wyznawcami konsekwencji „obiektywizmu” a wyznawcami „relatywizmu”. Twierdzili sofiści, iż to oni jako twórcy myśli decydują o prawdzie. Słabym przeciwstawieniem się takiej postawie będzie wskazanie, że sofiści użyli swej argumentacji dla celów retorycznych, nie wątpiąc, jak się zdaje, w „jedność świata i myśli”, a wskazując tylko możliwość błądzenia, aby wybić dysputantowi oręż pewności siebie i swego zdania. Podobnie Kartezjusz, sceptyczny metodycznie, wrócił do świata jakąkolwiek drogą, nie chcąc zaakceptować tego, iż sam doszedł do wskazania niemożliwości przerzucenia mostu pomiędzy res cogitans a res extensa na gruncie własnej filozofii. Nie można pominąć tych wątków, jakkolwiek są słabym kontrargumentem, gdyż można je zbijać, stwierdzając, iż myśliciele ci (sofiści i Kartezjusz) tkwili tak mocno we własnych przedzałożeniowych przekonaniach, iż nie potrafili z nich zrezygnować mimo jasnych sprzeczności, do jakich one prowadziły. Czyż nie jest to jednak dialektyka wypowiedzi kogoś, kto sam zakłada dokładnie to samo, co krytykuje, gdyż inaczej pozostałoby mu co najwyżej kiwać palcem? Spróbuję sformułować własny kontrargument na ów „dualizm”. Pragnę wskazać, że w całych rozważaniach, jakie mieszczą się na tych białych kartach, jest ukryty dodatkowy, poza wszystkim, argument, iż nie mógłbym owych rozważań przeprowadzić, gdyby nie jedność, jaka dominuje w każdym poznawczym i filozoficznym namyśle, jaki próbuje sobie wyobrazić, zasymulować czy wysłowić to, co umysł podsuwa, gdy notuje te słowa. Możliwe, iż ma to nazwę argumentacji, jaką określić można „argumentacją transcendentalną”, czyli bez tego, czego pragnę dowieść, nie mógłbym sformułować ani tych myśli, ani pozornie przeciwnych.
Argument 1: jońsko-arystotelesowski
Myśli prostych ludzi, oparte o stereotypy, przesądy i wiarę w mity, religie czy własne wyobrażenia o świecie, nigdy całkiem przemyślane ani krytycznie rozważone, są pierwszą impresją jedności w umyśle człowieka. Oczywiście jasno widać, iż to nastawienie zbyt mało wnikliwe, narażone na sprzeczności w myśleniu, czy przekonanie o własnej absolutnej wiedzy, nastawione na odrzucenie wszelkich danych niezgodnych „z tym, co sam wiem” jako bezsensownych czy fałszywych. Jednak po wyrzuceniu tych przesądów, stereotypów i dodaniu ostro zarysowanych metod i powtarzalnych czynności badawczych mamy, choć uproszczone, określenie podejścia przyrodniczego.
Przyrodnik w lesie
Jestem w lesie na spacerze. Zbaczam niedaleko głównej dróżki i spoglądam na ściółkę obok drzewa. Liście są suche, ale pachną wilgocią. Podnoszę więc patykiem trochę liści. Zauważam, że pod liśćmi jest ślimak, pod innymi czarne, zwinięte w kółko stworzenie. Wzbudza to we mnie spore zainteresowanie. Idąc dalej wzdłuż traktu, co chwilę zbaczam i zaglądam, co kryje się po północnej, lekko wschodniej, mocno ocienionej stronie drzew, na wysokości od ściółki do około metra. Obok kolejnych 4 drzew znajduję wciąż takie same długie, czarne, segmentowane robaki z licznymi parami odnóży, małymi czułkami i małymi częściami głowowymi. Pod 5. drzewem nie znajduję robaków. Są natomiast owady (3 pary odnóży) z długim, wąskim i owalnym odwłokiem, uskrzydlone, czarne, o długich odnóżach. Liście pod drzewem wyschnięte, a pod nimi pajęczyna i kilka białych jaj rozrzuconych w torfie. Myślę, że moje czarne robaki zostały wyparte przez owe latające owady i pająki spod tego drzewa. Tak rodzi się moja pierwsza hipoteza. Podchodzę zaciekawiony do kolejnego drzewa i odkrywam pod nim znów czarne robaki. Zauważam jednak, że jest tam równie wilgotno jak przy 4 pierwszych drzewach, ale dużo bardziej niż pod 5. drzewem, gdzie docierało też dużo więcej słońca. Obalam więc moją pierwszą hipotezę i uznaję, że ważniejsze dla występowania moich robaków jest duża wilgotność i zacienienie. Następnie w rozmowie z żoną ustalamy, że owe czarne robaki to możliwe, iż są pareczniki. Choć pada i propozycja zabawna, że gąsienice. Ostatecznie po weryfikacji z literaturą okazuje się, iż są to diploteria.
Sądzę, że tak działa praktyka nauk przyrodniczych. Wskazuje to poza tym na funkcjonowanie umysłu, którego właściciel zastąpił choćby sporadyczny kontakt z lasem przepełnionymi książkami regałami bibliotek. Wydaje się to równie szkodliwe jak sytuacja odwrotna, gdzie umysł lekceważy zagłębienie się w lekturę.
Wniosek 1
Argument ten wskazuje na jedność naszego poznania wynikającą z inspiracji płynącej od świata do naszego umysłu wówczas, kiedy nie pojawiają się wątpliwości co do istnienia świata Przyrody i nas jako jego elementów. Widać takie myślenie u wielu filozofów starożytnych, w tym jońskich w szczególności, ale także u Arystotelesa. Nie może być jednak inaczej, skoro był on twórcą wielu traktatów z filozofii przyrody, a także wnikliwym obserwatorem i otwartym na świat umysłem. To, co Arystoteles pisał na temat jedności w „Metafizyce”, zdaje się to potwierdzać: „Jasne więc, że do jednej wiedzy należy badanie rzeczy jako rzeczy. Wszędzie zatem wiedza zajmuje się tym, co jest pierwsze i od czego zależne są inne rzeczy oraz z czego biorą swe nazwy. Jeżeli jest to substancja, wobec tego filozof powinien opanować zasady i przyczyny substancji” (Arystoteles, s. 72). Tak słowami Arystotelesa można określić to, co nazywa się poszukiwaniem ogólnych prawd i zasad, jakie przyświeca także nauce, chociaż najogólniej metafizyce badającej to, co najpierwotniejsze i pierwsze w ogóle. Dodatkowo przekonanie o tym, że świat nie jest chaotyczny, ale to, co było wczoraj, ma jakiś sensowny związek z tym, co będzie jutro, poprzez to, co jest teraz, wyraża bogate także w inne treści sformułowanie: „Byt i Jedność są zatem tym samym i tej samej natury w tym sensie, że następują po sobie jako zasada i przyczyna, a nie w takim znaczeniu, że są określane tą samą definicją (nieważne zresztą, czy będziemy Byt i Jedność pojmować identycznie; argumentacja nasza zostanie nawet wzmocniona); bo: »jeden człowiek« i »człowiek« są tym samym, jak również »człowiek istniejący« i »człowiek«, a podwojenie słów w wyrażeniu »jeden człowiek« i »jeden istniejący człowiek« nie wyraża czegoś innego (…)” (Arystoteles, s. 73). To głęboki wyraz poczucia jedności świata, który jest jakiś i można poznać to, jaki jest. Nawet, jak pisze dalej Arystoteles, przy założeniu i uznaniu wielości, różnorodności i przeciwieństw w świecie: „Jasne więc, że do jednej nauki należy badanie Bytu jako takiego i atrybutów, które mu przysługują, i do tej samej nauki należy badanie nie tylko substancji, lecz także ich atrybutów, zarówno tych wymienionych, jak również wyrazów i pojęć takich jak: »wcześniejszy«, »późniejszy«, »rodzaj« i »gatunek«, »całość« i »część«, i innych tego rodzaju” (Arystoteles, s. 77). Tak więc jedność jest wpisana w metafizykę i konstytuuje ją z samej racji obowiązywania najpewniejszej ze wszystkich zasad: „to samo nie może zarazem przysługiwać i nie przysługiwać temu samemu i pod tym samym względem (…)” (Arystoteles, s. 79).
Potęga takiego myślenia ma swe źródło w ogólności sądów, wynikającej z niej trwałości oraz uniwersalności. Jest najpierwotniejszym i najjaskrawszym wyrazem „jedności” metafizycznej oraz „spójności” w poznaniu świata. Jak owo spostrzeżenie ma się do faktów przyrodniczych? Ogólność faktów wynika z ich wysławiania. Mówiąc „to jest ślimak winniczek, a ślimaki takie to…”, wypowiadam sąd bliski dowodowi matematycznemu, czyli o wielkiej ogólności, możliwości powtórzenia i weryfikacji. Wskazanie – to prawda, aletheia, „idealna”, transcendentalna, mimo iż wyrażona zawsze tu-oto. Należy jednak wyrazić kontrargumenty mówiące, że: 1. Nie wiem, czy zawsze kamień, który widzę w tym samym miejscu, to ten sam kamień, mimo iż wygląda tak samo? 2. Czy jeśli „ty” postrzegasz kamień w dokładnie tym samym miejscu i czasie co ja, to czy postrzegamy ten sam kamień? 3. Jeśli twierdzimy, że jest to w istocie ten sam kamień, na który patrzymy teraz, to czy rozumiemy siebie nawzajem i swoje doświadczenie kamienia? 4. Nawet jeśli założymy, że rozumiemy, czyż nie jest dopuszczalne, iż cały obraz i jego poznanie to fałszywa kreacja złośliwego demona? Trzy pierwsze argumenty to te, które przeciw jończykom wysłowił Gorgiasz, a potem pojawiały się na ścieżkach filozofii aż do najmocniejszej wersji u Kartezjusza. Jedną z najmocniejszych prób ich przezwyciężenia podjął Husserl, który był szczególnie wytrwały w swym dążeniu, by „odbudować nadzieję na powrót do absolutnie pierwotnej intuicji w poznaniu oraz przezwyciężyć relatywizm i sceptycyzm” (Kołakowski, s. 3).
Argument 2: reistyczno-solipsystyczny
Biorę jakiekolwiek zdanie analityczne:
2 + 2 = 4 – zawsze prawdziwe, pierwotnie narzucające przy jego zrozumieniu swoją poprawność, niepodważalność.
Pytam o źródła wiedzy o nim. O doświadczenie, które skłoniło mnie do jego uznania. Czy było to doświadczenie myśli, czy obserwacja prawidłowości w świecie? Czy była to pilność uczenia się prawdy prezentowanej przez matematyka? Czy gdyby któraś z tych możliwości miała większe znaczenie, 2 + 2 byłoby różne od 4?
Zdanie owo rozumiem i potrafię je dowieść zarówno używając skomplikowanych dedukcji, jak i przy użyciu wszelkich dostępnych mi w doświadczeniu przedmiotów w świecie, dajmy na to patyczków, liczydeł, kalkulatorów czy komputerów o każdym znanym mi oprogramowaniu. Z pewnością sam mógłbym z adekwatną wiedzą, przy odpowiednim wysiłku, skonstruować i oprogramować krzemową płytkę, która niezawodnie wskazywałaby wciąż ten sam wynik po wpisaniu działania „2 + 2 = 4”. Świetnie to rozumiem i jest to dla mnie pewne i prawdziwe w prosty, narzucający się zewsząd sposób.
Pytam ponownie samego siebie: czy to konstrukcja mojego umysłu, „świata myśli”, który wciąż kreuje każde dostępne mi teraz doznania? Czy to istniejąca w świecie, niezależna od wszystkiego prawda, jaką poznaję? Prawda o świecie, jaki informuje mnie o swoim istnieniu i poprzez kontakt z moim umysłem przez zmysły daje się poznać takim, jaki jest, ze swymi strukturami, prawdopodobieństwami zdarzeń powtarzalnych i współwystępujących do tego stopnia regularnie, iż każą mi myśleć o sobie jako o prawach niezawodnych, łącząc się w spójne teorie nauki.
Czy odkrywamy prawdę, czy ją tworzymy? Jeśli tworzymy, to skąd zgodność między twórcami? Może ona narzuca się złudnie moim niedoskonałym myślom jak wszystko inne? Może jednak naprawdę z kimś rozmawiam i rozumiem go? Może jednak teraz ktoś czyta słowa, jakie napisałem, stukając w klawiaturę?
Założenie, że tak, narzuca mi się najmocniej. To moje naturalne nastawienie, bycie-w-świecie, zasady zdrowego rozsądku etc., choć zawsze subtelnie inaczej wyrażone. Nie przesądzam jednak niczego dalej. Co, jeśli inni twórcy są moim stworzeniem jako elementy świata? Jest wówczas „Ja” jako niedoskonały obraz Siebie, Absolutu, umysłu Stwarzającego i inne niedoskonałe obrazy Mnie, czyli inni twórcy, obserwatorzy. Sny, pamięć, zmysły i brak pewności wraz z „demonem zwodzicielem” jako podstawy moich wątpliwości co do niezależnego istnienia empirycznego świata zdają się zapewniać o tym właśnie, czyli wszelka realność doświadczenia to kontemplacja samego Mnie z punktu niedoskonałego odbicia Mnie w całości, moich stwarzających myśli, który nazywam swoim „ja”. I każdy inny niedoskonały obraz też kontempluje ową całość, rozbijając jej doskonałość, jak braki w bytach, możliwe do pomyślenia, więc znoszące tożsamość tychże bytów istniejących w czasie.
Założę, że jest to prawdziwe. Wnioski, jakie płyną z tego:
- Jam jest Stwórcą i zarazem „ja” nim nie jestem.
- Wiem i nie wiem wszystkiego o świecie.
- Wszystko najogólniej to partycypacja niedoskonałego „ja” we Mnie, podobnie jak „czasowości” w „wieczności”.
- Moc eksplanacyjna mojego zrozumienia jest taka, iż możliwe jest, że nawet „pogląd sprzeczny” mieści się w obrębie mego wyjaśnienia. Pogląd przeciwny brzmi: nie ma żadnego Stwórcy, Absolutu, Umysłu Stwarzającego, nie ma Mnie (to wszystko fizjologiczne doznanie w fizycznym przedmiocie) – wszak mogę wówczas odpowiedzieć, iż widząc świat w różnorodności, konieczny jest taki wniosek. Różnorodność jednak zakłada spójność, choćby i redukcjonistycznie, jak ostateczna spójność w fizyce.
Mogę wszak odrzucić solipsyzm, którego wyrazem są powyższe sformułowania. Wracam wówczas do pytań zasadniczych: czy konstruuję moje rozumienie, czy odkrywam prawidłowości w świecie, doświadczając siebie i swego otoczenia w czasie mej egzystencji, scalając je umysłem w rozumną teorię?
Wniosek 2
Poszukiwanie pewności i źródeł poznania w podmiocie, wyrażone konsekwentnie, prowadzi do solipsyzmu. Wskazuje na to fenomenologia Husserla, w której nie ma konieczności, poza arbitralnym wyborem i chęcią odrzucenia solipsyzmu, przyjmowania innego Podmiotu poza Mną Samym – Mną Stwórcą (Kołakowski, s. 65–71). Ostateczną pewność można osiągnąć tylko w immanencji, a treść tej pewności jest nieprzekazywalna.
Co więc, gdy odrzucę takie rozwiązanie? Wpadam wówczas w „nihilizm metafizyczny”, gdyż wszystko, co „jest”, co postrzegam i doświadczam, może być złudą czy immanentną wizją czegoś, co nie jest dostępne mojemu poznaniu w żaden niepowątpiewalny sposób. Stąd dochodzimy do konieczności odrzucenia zjawiska jako immanentnego obrazu w akcie percepcji, nie chcąc popaść w nihilizm metafizyczny. „Pozostaje zatem tylko interpretacja zjawiska jako rzeczy samej w sobie o tyle, o ile jawi się ona podmiotowi” (Czerniawski, s. 29). Z pewnością jednak nie rozwiązuje to wątpliwości wypowiedzianych przez Gorgiasza.
Ostatecznie jednak z argumentu nr 2 nasuwa się wniosek, że bez względu na to, czy zradykalizujemy stanowisko stawiające punkt oparcia w „podmiocie”, doprowadzając je do solipsyzmu, czy przyjmiemy to ufundowane na „przedmiocie”, jak robi to reizm, nie pozbywamy się jedności jako metafizycznego założenia, możliwego do wskazania z jednej i drugiej strony. Solipsyzm radykalizuje jedność, gdyż wszystko, co istnieje, jest Mną, zróżnicowanie zaś to tylko imaginacje Mnie Stwórcy. Reizm zaś nie zdaje się wątpić w prawa rządzące przedmiotowym światem, w szczególności prawa fizyki, w której jedność jest wpisana głęboko. Świadczą o tym słowa Krzysztofa Maurina: „Historia fizyki i nauk przyrodniczych jest niewątpliwie drogą ku jedności; dyscypliny niegdyś odległe unifikują się: nauka o cieple (termodynamika) i mechanika – poprzez mechanikę statystyczną, elektrodynamika i mechanika – poprzez szczególną teorię względności, chemia i fizyka – poprzez mechanikę kwantową, a dziś – jak się wydaje – biologia zbliża się do fizyki dzięki biologii molekularnej, cybernetyce i teorii gier […]. Te unifikacje powodują i są zarazem następstwem coraz potężniejszej matematyki, coraz większego bogactwa jej pojęć. Dzięki unifikacji nauk przyrodniczych fizyka staje się nauką coraz bardziej podstawową i jednocześnie uniwersalną: staje się znów nauką o physis – o całej przyrodzie” (Stróżewski, s. 274–275).
Tak więc mamy przykłady dwu wspominanych już uprzednio nurtów w filozofii: tego, który określić można „obiektywistycznym”, i przeciwstawnego mu „relatywistycznego”.
Argument 3: Pytanie o możliwość trzeciego stanowiska
Czy możliwe jest uznanie jedności jako tego, co łączy w sposób istotny podmiot poznający z przedmiotem poznania? Należy więc najpierw wyjaśnić, jak możliwe jest istnienie rzeczy samych w sobie, aby zrobić następny krok w odpowiedzi. Głównym wskaźnikiem tychże jest to mianowicie, iż zaprzeczenie prowadzi nas do uznania możliwości istnienia tylko przedstawień, w konsekwencji złudnych zjaw i mar, mieszanki świata wewnętrznego – naszego umysłu – z zewnętrznym, czyli obszarem poza umysłem, bez możliwości jego określenia. Każde określenie czy nawet słabe uznanie, iż przedstawienia są przedstawieniem czegoś, odsyła nas do tego czegoś, co w ostateczności jest czymś realnie istniejącym, a jako takie, ażeby było czymś więcej niż złudą, z konieczności musi być rzeczą samą w sobie.
Niedoskonałość naszego poznania, do jakiej uznania wiedzie nas uważna obserwacja i namysł nad każdym najmniejszym doświadczeniem, jakiego doznajemy, może prowadzić do wszelkich trudności, które podważają możliwości poznania rzeczy samych w sobie. To prowadzi nas do wniosku, który wydaje się najtrafniejszy, że nie mamy kryterium weryfikacji mogącego nas doprowadzić do rzeczy samej i zmuszeni jesteśmy tkwić w świecie zjawisk. Czy nie ma żadnej możliwości poznania czegokolwiek samego w sobie? Co z samym poznaniem? Skąd zgodność naszych wizji świata? Skąd zgodność wizji świata choćby i we mnie samym? Powiedzmy, że z jedności samego umysłu, który, wyprzedzając doświadczenie empiryczne, powoduje, że znamy go jako spójne. Czym jest ta jedność? Do czego jest ona potrzebna? Może jej jedyna przydatność płynie z pamięci i wnioskowania, które są konieczne, aby dłużej przetrwać w zmiennych warunkach środowiska. Jeśli uznamy takie wyjaśnienie, używamy w domyśle przekonań, które same są poniżej ogólności naszego pytania. Cicho uznalibyśmy, że naturalistyczna teoria ewolucji, niezakładająca żadnych wątpliwości co do istnienia materialnej rzeczywistości i poznawania rzeczy samych w sobie, stoi u samych źródeł naszego poznania, ignorując kontrowersje w nim samym tkwiące.
Czy jest inny sposób uchwycenia owej jedności? Zdaje się ona być konieczna w każdym wyjaśnianiu i rozumieniu. Czy możliwa jest jakakolwiek racjonalność bez jedności – spójności? Trudno mi sobie taką wyobrazić, zwłaszcza iż odrzucałoby to zasadę niesprzeczności, tożsamości etc. Wyjaśnienie myśli jako strumienia świadomości także zakłada jedność opowiadanej historii każdej prowadzącej swoją narrację egzystencji, a jeszcze mocniej jedność tej egzystencji.
Jednością jest także wyrażanie, gdyż język ma idealistyczne cechy. Znaki uchwytują przedmioty idealnie. Zatrzymują je w pozaczasowości, niezmienności; są jak zdjęcia pięknych kobiet zrobione w wyjątkowej scenerii przy idealnym świetle. Zdjęcia zachowują obrazy owych kobiet na długo po ich śmierci. Nie widać na nich procesów starzenia, jakie miały miejsce potem, ani wszelkich innych zmian. Umysł może działać podobnie, choć nie wprost, nie tak samo. Poznając, dokonujemy dokumentacji pojęciowej, trudno nieraz wyrażalnej (na co zwrócił uwagę Heidegger), wprowadzając język zmienności, czasowości intencjonalnie. Jednak to jedność – spójność jest tym, co konstruuje nasze poznanie. Stąd wszelka zmienność jest założeniem wtórnym, uzupełniającym albo także wyjściowym doznaniem różnorodności przedmiotowej w prostym doświadczeniu zmysłowym. Świadectwem na to pierwsze są wszelkie spory i kontrowersje związane z zagadnieniami tożsamości, trwałości, płynące stąd, iż ktoś zderza się nagle z uświadomieniem sobie, iż jest zmienność i że ona narzuca się jako cecha świata całego i poznania. Że jej pomijanie prowadzi do błędów i podważa całą wiedzę, jaką żywił. Wówczas staje po stronie zmienności, nie dostrzegając, że zgubił jedność – spójność w swoim rozważaniu, która nadal głęboko tamże tkwi, zapomniana chwilowo, ale wciąż otaczająca sobą każdy skrawek jego umysłu.
Zapewne jedność – spójność jest w umyśle tak, że trudno jest pomyśleć umysł poza nią czy bez niej. Jedność – spójność konstytuuje umysł i całe poznanie. Bez tego zostaje chaos, który jest niepoznawalny, podobnie jak wszystko, co poza językiem, według Wittgensteina. Nie można uchwycić chaosu wprost, mając umysł o nazwie jedność – spójność, choć niewykluczone, że da się to w szaleństwie. Można użyć pojęć nieskończoności, nieoznaczoności, które wszakże, nieuchwytywalne wprost, dają się pomyśleć na drodze zaprzeczania albo działania nieskończonego, co jest jednak próbą mówienia o niewypowiadalnym, podobną do artystycznych wizji Absolutu.
Wniosek 3
Czyżby więc sądy o rzeczach samych w sobie były możliwe na mocy niepoznawalności chaosu? Niemożliwości wypowiadania się o chaosie. Niemożliwości mówienia i myślenia o świecie poza językiem. Oznaczałoby to, że uniwersalność języka płynie z samego faktu adekwatnego uchwytywania w nim istoty rzeczy samych, czyli tego, co świadczy o ich tożsamości. Niestety, takie rozstrzygnięcie wydaje się być arbitralne i płynące z ukrytego założenia o racjonalności, poznawalności świata.
Jedność można znaleźć w „obiektywizmie” i „relatywizmie”, jednak nie można na tej podstawie sądzić o możliwości połączenia tych dyskursów, gdyż: 1. może tutaj mieć miejsce błąd ekwiwokacji, czyli „jedność” nie znaczy tego samego w obu stanowiskach; 2. można pomyśleć, że istnieje rozwiązanie zupełnie inne i wykraczające poza połączenie „obiektywizmu” z „subiektywizmem”, a zasadzające się na chaosie, który mimo niewysławialności może być wszak zrozumiany.
Pytanie prawie ostatnie
Czy coś, czego nie można wysłowić, może być zrozumiane?
Odrzucając zakotwiczenie mojej egzystencji w świecie, doświadczam trwogi. Czy jest to zbliżenie się do granic owej „jedności – spójności”? Jeśli tak, to poza trwogą nic więcej nie doświadczę, gdyż nie ma na to zbliżenie się żadnych racji. To równie beznadziejne jak chęć dookreślenia nieskończoności przez ciągłe dodawanie kolejnej cyfry do poprzednich. Podobnie nie doświadczę śmierci własnej, bo nie ma ku temu racji. Mogę jednak spójnie wyobrazić sobie śmierć własną, czerpiąc z obserwacji śmierci w świecie, z językowej zabawy w śmierć swoją. Nie mogę zaprzeczyć temu, że umrę, choć nie ma kauzalnej relacji, którą mógłbym wskazać jako argument za moją śmiercią. To oczywiście tylko domysł, jaki nigdy nie zostanie we mnie potwierdzony, jednak jest on na tyle silny, iż biorę go jako pewnik. Dzieje się tak z racji tego, iż jasno rozumiem i pojmuję, że tak się stanie. Nie potrafię nic więcej o tym powiedzieć, jak nie potrafię ubrać w ostre słowa nieskończoności, choć refleksja nad nią prowadzi mnie poprzez poetyckie wizje do czegoś, co mogę nazwać „zrozumieniem nieskończoności”. Nie jest to zadowalające rozstrzygnięcie, jednak to, że dopuszczam taką możliwość, świadczy o konieczności zawieszenia rozstrzygających sądów o niemożliwości chaotycznego „wyjaśnienia świata”. Mogę wykluczyć „porozumienie” pomiędzy „mną a innym”, mogę wątpić w możliwość zrozumienia doświadczeń „innego” podmiotu, ale wówczas, gdy doznaję zrozumienia trudnego równania matematycznego lub z prostych obserwacji zjawisk wyłania się przede mną głębszy metafizyczny sens, czy choćby fizyczne, ogólne i spójne ich wyjaśnienie – wiem i mam pewność, że rozumiem, chociaż wyrażenie tego nie jest zazwyczaj możliwe. Wnioskuję stąd, iż zrozumienie nie jest powiązane z wyjaśnieniem w apodyktycznym modi.
Podsumowanie
Jedność zdaje się być najważniejszym zagadnieniem metafizycznym związanym z naukami przyrodniczymi. Płynie to zapewne stąd, iż wiąże się ona nieodłącznie z racjonalnością i koniecznością praw, jakie wpisane są w wyjaśnienie zjawisk fizycznych. Filozoficznie rozważana może być z perspektywy: 1. „obiektywizmu” – wówczas jest jednością transcendentalną, własnością bytów, także ich sposobem istnienia w świecie poznawanym przez podmiot; 2. „relatywizmu” – gdy jest pojęciem ponad przedmiotami myśli i realnymi bytami, konstytuującym ich poznanie, jest ideą regulatywną umysłu podmiotu poznającego; 3. jest koniecznym założeniem ukrytym w arbitralnym przekonaniu o możliwości poznania świata.
Argument 4: z impresji
Owa praca w swojej pierwotnej wersji sama jest argumentem za jednością. Impresja tego zagadnienia była pierwotna do jego zgłębienia i filozoficznego zainteresowania się nim w oparciu o źródła. Wówczas rozumiałem, czym jest jedność, ale nie potrafiłem tego wyrazić. Teraz umiem o niej jako tako mówić, ale straciłem pewność co do tego, czym jest i czy aby nie jest tylko założeniem wpisanym bez apodyktycznej racji w mój umysł. Jednakże trud związany ze zgłębieniem tej problematyki był sam w sobie wartościowy, podobnie jak kalotropiczne poszukiwanie piękna i harmonii w świecie i życiu.
Kiedy próbuję pomyśleć możliwość zrozumienia bez „jedności – spójności”, pojawia się chaos. Cokolwiek to jednak znaczy, nie potrafię tego wyrazić, gdyż każda jakakolwiek myśl zwerbalizowana narzuca mi „jedność – spójność”, wyznaczając wyraźnie ograniczenie, którego teraz przekroczyć nie potrafię.
Źródła i inspiracje
- Czerniawski J., Jakiego reizmu Polacy potrzebują?, „Kwartalnik Filozoficzny” 3/1997, s. 5–34.
- Kant I., Prolegomena (…), PWN, 1960.
- Kołakowski L., Husserl i poszukiwanie pewności, Aletheia, Warszawa 1990.
- Wittgenstein L., Myśli i uwagi, Media Morphosis, Wrocław 2002.
- Stróżewski W., Metafizyka jako meta-fizyka.
Komentarz 2026
Tekst zostawiam w oryginale, z kilkoma uwagami.
- „Diploteria”. Tak zapisałem to po lesie. Chodziło o dwuparce (Diplopoda), czyli krocionogi. Gdy dziś czytam opis – długie, czarne, segmentowane, zwinięte w kółko – pasuje bardziej niż pareczniki.
- Las a wnioski. Scena z lasu pokazuje, jak rodzi się hipoteza i jak ją poprawia kolejna obserwacja. Pięć czy sześć drzew to jeszcze nie eksperyment; dziś napisałbym „osłabiam hipotezę”, nie „obalam”.
- Od spójności do jedności. Spójny opis może być fałszywy. Przejście od spójności myśli do jedności świata wymaga dodatkowej przesłanki – to pozostaje otwartym miejscem tego tekstu.
- Husserl. Teza o solipsyzmie u Husserla idzie za lekturą Kołakowskiego. Sam Husserl poświęcił intersubiektywności V Medytację kartezjańską; ocena, czy mu się udało, pozostaje sporna.
- „Chaos”. Używam tu słowa w sensie filozoficznym – brak uchwytnego porządku – a nie w sensie matematycznej teorii chaosu.
- Podsumowanie powtórzyłem później w artykule Główne dylematy filozofii a problemy filozofii wychowania (2008–2009). To ten sam autor i ta sama myśl.
Dodaj komentarz