,

Grawitacja studiowania. Skąd się wziął WES i dlaczego wracam do niego po 13 latach

W 2013 roku próbowałem policzyć, ile naprawdę kosztuje studiowanie, kiedy życie waży więcej niż u innych. Po trzynastu latach wracam do tego wzoru, z jego błędami i z tym, co nauka ustaliła w międzyczasie.

Trzy auta i jedna odpowiedź

Na grupie inwestycyjnej zapytałem kiedyś, jak chłopaki wyceniają pracę, którą robią sami. Mój przykład: konserwacja trzech samochodów. Rynkowo około 20 tysięcy złotych. Zrobiłem to za około 3 tysiące, razem z najazdami i całą chemią, plus jakieś 60 godzin własnej pracy. Wyszło kilkaset złotych za godzinę. Całkiem nieźle.

Pytanie było o wycenę. Odpowiedzi już nie. Jeden z kolegów napisał, że chętnie by tak robił, ale nie ma jak – matka chora, wujek zmarł, tyle spraw do załatwienia. I pomyślałem: dokładnie, stary. Właśnie opisałeś zmienną, nad którą siedzę od 2013 roku.

Planeta o pięciokrotnej grawitacji

Wyobraź sobie, że lądujesz na planecie, na której grawitacja jest pięć razy większa niż na Ziemi. Wstanie z łóżka to wysiłek. Wejście po schodach to wyczyn. Zadanie to samo, koszt zupełnie inny.

Nie musi to być grawitacja. Może być lepkość, idziesz przez ośrodek gęsty jak syrop. Może być mgła, w której nie widać drogi. Może być mróz, przy którym krew krąży wolniej i każdy ruch kosztuje więcej. Z zewnątrz widać tylko, że idziesz wolno.

Tak wygląda studiowanie, kiedy się pracuje na etat, ma dzieci, dojeżdża półtorej godziny albo choruje. Uczelnia widzi wynik: zaliczone, niezaliczone, w terminie, po terminie. Grawitacji nie widzi. Nie ma jak jej zmierzyć.

2013: pierwsza wersja

WES, czyli wskaźnik efektywności studiowania, opisałem w styczniu 2013 roku w trzech wpisach na moim starym blogu: część 1, część 2, część 3. Byłem wtedy na studiach doktoranckich z filozofii. Miałem dwoje dzieci, siedmio- i czterolatka, i własną firmę. Czułem tę grawitację na co dzień i chciałem ją policzyć.

Wzór brał trzy grupy czynników. Ekonomiczne: praca zarobkowa, dojazdy. Społeczne: dzieci na utrzymaniu, wykształcenie rodziców, liczba kierunków. Zdrowotne: długa choroba i stres mierzony skalą Holmesa i Rahe’a. Do tego lata studiów.

Student bez pracy, blisko uczelni, bez dzieci i zdrowy dostawał 0. Student informatyki na etacie, z dwójką dzieci, chorujący i zestresowany dostawał 2,625. Według wzoru jego efektywność była ponad dwa i pół raza wyższa, bo przy takim obciążeniu i tak szedł w terminie.

Przerwę od doktoratu wziąłem „na dwa lata”, żeby rozwinąć SmartRooms. Trwała jedenaście. W 2024 roku przyznałem sam przed sobą, że na uczelnię już nie wrócę. Więc wiem, o czym był ten wzór.

Co w nim było źle

Po trzynastu latach widzę w nim błąd matematyczny i błąd logiczny.

Matematyczny: we wzorze jest mianownik Lr – Ls, czyli regulaminowe lata studiów minus odbyte. Na ostatnim roku to jest zero. Wzór dzieli przez zero dokładnie wtedy, kiedy student kończy studia, a im bliżej dyplomu, tym wynik bardziej wariuje.

Logiczny jest ciekawszy. Idea była taka: jeśli przy swojej grawitacji powinieneś zaliczać rok przez dwa i pół roku, a zaliczyłeś w rok, to twoja efektywność jest dwa i pół raza wyższa. Tylko że wzór nigdzie nie sprawdzał, czy student faktycznie idzie w terminie. Zakładał to po cichu. Logicy nazywają to entymematem, rozumowaniem z ukrytą przesłanką. Dopóki student szedł w terminie, wszystko się zgadzało. Kiedy się spóźniał, wzór dawał mu wyższy wynik zamiast niższego. Zaczynał liczyć wysiłek, a nie efektywność. Intuicja była dobra. Zapis jej nie udźwignął.

Do tego wzór mieszał przyczyny ze skutkami. Czynniki życiowe i rok studiów siedziały w jednym równaniu, jakby były tym samym rodzajem rzeczy.

Co ustaliła nauka w międzyczasie

Długo myślałem, że po latach 80. ten temat nikogo nie zajmował. Częściowo to prawda, częściowo nie.

W 1985 roku John Bean i Barbara Metzner opisali model rezygnacji ze studiów dla studentów nietradycyjnych: pracujących, dojeżdżających, z rodzinami. Ich teza: tacy studenci odpadają z powodów praktycznych, a nie dlatego, że nie czują się częścią uczelni.

Od 2018 roku Claire Wladis, Alyse Hachey i Katherine Conway badają coś, co nazwali „time poverty”, ubóstwem czasu. Na ponad 15 tysiącach studentów nowojorskiego CUNY pokazali, że studenci z małymi dziećmi dwa razy częściej przerywają studia. W kolejnych pracach ubóstwo czasu tłumaczyło znaczną część różnic w wynikach między grupami studentów. Najbardziej zabiegani oddawali nauce większą część swojego i tak małego wolnego czasu niż inni, co odbija się na śnie i zdrowiu.

Jest też „Scarcity” Sendhila Mullainathana i Eldara Shafira z 2013 roku. Niedobór, czy to pieniędzy, czy czasu, zawęża pasmo poznawcze. Człowiek pod presją myśli węższym kanałem.

Więc nie jestem pierwszy w tym wątku. Moja intuicja z 2013 roku wyprzedziła nazwanie „time poverty” o pięć lat, ale badania zrobili inni. Jednego wskaźnika, który składa czas, pieniądze, rodzinę, zdrowie i kapitał kulturowy w jedną liczbę dla konkretnej osoby, jednak nie znalazłem. Może źle szukam. Chętnie się dowiem.

WES 2.0

Od 2025 roku pracuję nad drugą wersją. W trakcie znalazłem w niej nowy błąd. Wersja 2.0 miała wprowadzić czas jawnie, ale wprowadziła go podwójnie: dzieliła trud przez realny czas i jeszcze mnożyła przez karę za przekroczenie terminu. Student, który przy tej samej grawitacji studiował dwa razy dłużej, dostawał wynik cztery razy niższy. Moje jedenaście lat doktoratu dałoby wynik bliski zeru. Wskaźnik karałby dokładnie tę grawitację, którą miał pokazać.

Rozwiązanie: rozdzielić to, co mierzymy. Dlatego wersja 2.0 podaje dwie liczby.

G, grawitacja: ile ważyła planeta. Punktowana suma obciążeń – praca, samodzielne utrzymanie, dzieci, dojazdy, wykształcenie rodziców, choroby, stres, tryb studiów. Liczona per semestr, bo grawitacja się zmienia. Dziecko rodzi się na trzecim roku, choroba trwa pół roku.

E, efektywność: jak szła droga przy tej grawitacji. Nie porównuję już z czasem regulaminowym, bo ten jest ustalony dla planety o zerowej grawitacji. Porównuję z czasem, w jakim przeciętnie kończą studia ludzie o takiej samej grawitacji. E równe 1 znaczy: tak jak przeciętny ktoś na twojej planecie. Powyżej 1 – szybciej, niż pozwalały warunki. Poniżej – wolniej. To jest dokładnie moja intuicja z 2013 roku, tylko z czasem zapisanym wprost, a nie założonym po cichu.

Przykład. Dwie osoby, obie na planecie średnio ciężkiej. Pierwsza kończy licencjat w terminie, druga w dwa razy dłuższym czasie. W starym szkicu druga dostałaby wynik bliski zeru. Teraz pierwsza ma E równe 1,5, a druga 0,75. Trzecia osoba, bez żadnych obciążeń, kończy w terminie i ma E równe 1, bez premii za lekki start.

Ile dłużej studiuje przeciętnie ktoś o danej grawitacji, to już pytanie do danych. Są do tego gotowe narzędzia, na przykład analiza przeżycia, której używa się do mierzenia czasu do zdarzenia. Na razie mam założenie robocze i potrzebuję danych, żeby je zastąpić.

Egzoszkielet

Kochałem prozę Lema i Gibsona między innymi za to, że tam ciężar dało się zdjąć. Szczepy, implanty, sztuczna inteligencja. Około czterdziestki uznałem, że za mojego życia to się nie wydarzy. W 2020 roku, kiedy syn szedł do technikum, mówiłem mu jeszcze, że może kiedyś przyjdzie AI i informatyka nabierze innego znaczenia. W 2022 roku przyszła.

Od tamtej pory robię rzeczy, które latami czekały. Ten tekst też. Dla mnie AI to egzoszkielet na planecie o dużej grawitacji.

Ale uczciwie: obniża grawitację nierówno. Brynjolfsson, Li i Raymond zbadali ponad 5 tysięcy pracowników obsługi klienta. Asystent AI podniósł ich wydajność średnio o 14 procent, a u najmniej doświadczonych o mniej więcej jedną trzecią. To dobra wiadomość. Tylko że żeby z AI korzystać, trzeba mieć czas, żeby się jej nauczyć, a czas to pierwsze, czego brakuje przy dużej grawitacji.

I AI dokłada własny ciężar. W tym miesiącu przywracałem oryginały moich dawnych tekstów, w które model przy „korekcie” powpisywał zdania odwracające moje tezy. Pomocnik przyspiesza. Sprawdzanie zostaje po mojej stronie.

Cudza grawitacja

Moja planeta była ciężka wobec kolegów z wydziału. Ich planeta była ciężka wobec zamożnych rodzin z Zachodu. A wszyscy razem żyliśmy lekko wobec większości ludzi na Ziemi, nie mówiąc o każdym pokoleniu przed nami. Grawitacja zawsze jest względna. Miałem szczęście stać pomiędzy: czuć ją na tyle, żeby zauważyć, i mieć na tyle dużo, żeby nazwać. Nie jestem niczyim głosem. Jestem świadkiem.

Liczenie to łatwiejsza część. Gorzej, że cudzej grawitacji nie widać. Widzę, jak ktoś idzie lekko, i myślę, że ma lekko. Ktoś widzi mnie dzisiaj i myśli, że zawsze tak było. Oba wnioski mogą być fałszywe. A niewiele trzeba, żeby przestać widzieć. Wystarczy odrobina wygody, nawet skromnej.

WES nie ma rozstrzygać, kto był lepszy. Ma pokazać, ile ważyła planeta. Dopiero wtedy wiadomo, co ten wynik znaczy.

Pracuję nad wersją 2.0. Jeśli zajmujesz się badaniami nad studiowaniem albo polityką stypendialną, albo sam kiedyś studiowałeś na ciężkiej planecie, napisz.


Źródła
  • Kulesza-Milewski A., Algorytm efektywności studiowania, cz. 1–3, czerwonynaskale.blogspot.com, styczeń 2013.
  • Bean J.P., Metzner B.S., A conceptual model of nontraditional undergraduate student attrition, Review of Educational Research 55(4), 1985.
  • Wladis C., Hachey A.C., Conway K., No Time for College? An Investigation of Time Poverty and Parenthood, The Journal of Higher Education, 2018.
  • Conway K.M., Wladis C., Hachey A.C., Time Poverty and Parenthood: Who Has Time for College?, AERA Open 7, 2021.
  • Mullainathan S., Shafir E., Scarcity: Why Having Too Little Means So Much, 2013.
  • Brynjolfsson E., Li D., Raymond L., Generative AI at Work, NBER Working Paper 31161, 2023; wersja opublikowana: The Quarterly Journal of Economics, 2025.
  • Runciman W.G., Relative Deprivation and Social Justice, 1966. Źródło pojęcia deprywacji względnej: ludzie oceniają swoje położenie wobec grupy odniesienia, nie wobec świata.
  • Milanović B., Global Inequality: A New Approach for the Age of Globalization, 2016. Kraj urodzenia jako najsilniejszy czynnik dochodu w skali świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *